Subskrypcja | Newsletter            English Polski












PRASA: Recenzje albumów

Ireneusz Socha - recenzja albumu "Bereshit"

To dopiero początek

Jarosław Bester mówi, że dzisiejsza muzyka nie ma głębi. Płytę Bereshit zadedykował Nachmanowi z Bracławia[1]. Nie stało się tak bez przyczyny. To, co prezentuje krakowski kwartet, trudno nazwać „muzyką klezmerską”, gdyż ta zbyt kojarzy się z kilkunastoma niemiłosiernie ogranymi tematami ze starych płyt Dave’a Tarrasa i Naftule Brandweina. Muzyczne propozycje CKB wyraźnie wybijają się również na tle awangardowych dzieł wykonawców zgrupowanych pod egidą Radical Jewish Culture. Pisane przez Bestera utwory nie są ponowoczesnym patchworkiem zszytym z zapożyczonych fragmentów ani wariacją na temat. To nowa, mające własne życie, lecz świadoma tradycji muzyka kameralna. Tradycji żydowskiej, co najwyraźniej przejawia się w wylewnej emocjonalności i zastosowaniu charakterystycznych skal oraz zwrotów melodycznych, ale nie tylko. Równie istotne są dla CKB inne tradycje ludowe (Bałkany, Bliski Wschód), klasyczna symfonika (szczególnie Mahler, Bartók, Szymanowski, Górecki), dzieła organowe J.S. Bacha (prowadzenie głosów basowych w akordeonie, harmonika partii zespołowych) oraz kameralistyka Johna Zorna (zwłaszcza z okresu albumów Bar Kokhba i Circle Maker). Wszystkie te elementy formalne przenikają się nawzajem tworząc kunsztowną budowlę – na równi atrakcyjną dla analitycznego umysłu, co dla gorącego serca.

Płytę otwiera kompozycja Ets Hayyim – świetlista, lecz subtelnie cieniowana melodia, na bazie której akordeon, skrzypce i kontrabas ze swadą i elokwencją improwizują – niczym trzej komentujący jedną parszę[2] mędrcy. Tsive Ha-Shamayyim – to dynamiczny obraz niebieskiego sklepienia mieniącego się tęczą barw i nastrojów. Melodyczne meandry w utworze Gil Gul obrazują dramatyczną wędrówkę duszy po najniższym z kabalistycznych światów, materialnym świecie działania. Lamentacja Dim’ot Yisrael stanowi przejmujące studium losu żydowskiej diaspory, gdzie skowyt fizycznego bólu miesza się z religijną ekstazą. Sippuro Shel Shed brzmi jak „diabelskie” solo Paganiniego rozpisane na „klezmerski” kwartet. Wiecznie młoda dusza pogrąża się w zadumie nad przemijaniem i w końcu rozpaczliwie protestuje przeciwko zamknięciu w starzejącym się ciele (Holef). Potęgę żywiołów (‘Otsmat) odzwierciedlają złożone rockowe riffy i bogata rytmicznie perkusja. Zamykający całość utwór tytułowy – to przeprowadzona z filmowym rozmachem muzyczna fantazja na temat dzieła stworzenia, gdzie cztery pierwsze dźwięki symbolizują cztery litery Boskiego Imienia.

Atrakcyjność muzyki CKB wynika, moim zdaniem, ze słyszalnego zarówno w skali makro (tzn. w skali całych utworów i płyty jako całości), jak i mikro (tj. w poszczególnych częściach, frazach czy zgoła pojedynczych dźwiękach) uelastycznienia tempa i dynamiki, umiejętnego stopniowania napięć oraz nasycania części utworów specjalnie dobranymi barwami pochodzącymi ze ściśle zaplanowanych efektów współbrzmieniowych i harmonicznych. Dzięki tej strategii brzmienie kwartetu jest intensywne i soczyste – budząc skojarzenia z fakturą orkiestrową (zwłaszcza w utworach Dim’ot Yisrael, Holef i tytułowym).

Pozostaje jeszcze kwestia podejścia do wykonywania muzyki – w tym przypadku podejścia uduchowionego. Poruszając się w kręgu mistyki judaistycznej, CKB stawia na słuchacza wyrobionego i wrażliwego, który w muzyce poszukuje odzwierciedlenia dynamizmu, lecz i tragizmu ludzkiej egzystencji w świecie oczekującym na przyjście Mesjasza. Bereshit – to metaforyczny i rzeczywisty początek dojrzałej wędrówki CKB po mistycznych krainach dźwięku. Wędrówki, której symbolem jest Drzewo Życia, czyli kabalistyczny diagram obrazujący dwa procesy – kreacji oraz iluminacji. Muzyka CKB sprzyja odnajdywaniu i uwalnianiu boskiego światła, którego ślady nosimy w duszy. Jakby mówiła, iż żyjemy po to, aby wróciło do źródła.

Ireneusz Socha © 2003

——————————

[1] Nachman ben Simcha z Bracławia (1772-1810), prawnuk Baal Szem Towa, jeden z najbardziej kontrowersyjnych i szanowanych cadyków. Pierwszy dwór założył w Miedwiediewce na Kijowszczyźnie.
W 1798 r. wyjechał do Palestyny, aby stamtąd otrzymać błogosławieństwo i zaczerpnąć sił do dalszego nauczania ludu. Pragnął także odwiedzić groby sławnych cadyków-kabalistów Szymona ben Jochaja (II w n.e.) i Izaaka ben Salomona Lurii (1534–72).
Podróż ta zaważyła na całym nauczaniu, jakie później głosił, i była niewątpliwie najważniejszym wydarzeniem mistycznym w jego życiu. Nachman nie został po powrocie dobrze przyjęty przez miejscowych cadyków. Głównym zarzutem było to, że w jego nauce zauważali wpływy mesjanistycznej doktryny kabalistów Sabataja Cwi (1626–76) i Jakuba Franka (1726–91), poglądów uznanych za heretyckie. W 1802 r. Nachman osiadł w Bracławiu, skąd w 1810r. – czując nadchodzącą śmierć – przeniósł się do Humania, gdzie wynajął mieszkanie z widokiem na cmentarz, na którym spoczywali Żydzi i Polacy pomordowani podczas tzw. „koliszczyzny” w 1768 r. Decyzja ta miała charakter symboliczny, a wiązała się z przejętą i rozbudowaną przez Nachmana luriańską teorią wędrówki dusz. Wierzył, że dusze pomordowanych błądzą w miejscu kaźni nie mogąc wspiąć się wzwyż, aż przybędzie dusza, która swoim cierpieniem dźwignie ich w górę.

[2] Parsza – fragment Tory odczytywany w danym tygodniu.

| wróć | komentarze (0) | skocz na górę strony

Aktualności
Zespół
Kalendarium
Dyskografia
Multimedia
Prasa
Recenzje albumów
Recenzje koncertów
Galerie
Kontakt
ENGLISH
   Realizacja: CREO © Jacek Lewandowski (2005)