|






|
|
PRASA: Recenzje albumów
Sebastian Cichoń - recenzja albumu "Sanatorium Under Sign of the Hourglass. A tribute to Bruno Schulz" |
 Kiedy w 2000 roku w Stanach Zjednoczonych, nakładem wytwórni Tzadik, ukazała się debiutancka płyta The Cracow Klezmer Band, tylko pesymiści mogli mieć wątpliwości co do kolorów przyszłości zespołu. Każde nowe wydawnictwo krakowian było rozsądnie zaplanowanym, precyzyjnym krokiem i nie inaczej jest przy okazji najświeższego krążka. Chociaż wyrażenie „krążek” w tym przypadku jest grubiaństwem.
Czy nie zapomnieliśmy, że płyta może być piękna? Słowo-worek – piękno – wraca tutaj do pełni swojego znaczenia, a charakteryzuje zarówno muzykę, jak i jej opakowanie. Wszyscy, którzy w przeszłości podejrzewali u siebie skłonności fetyszystyczne, powinni ostrożnie brać do ręki płytę Sanatorium pod klepsydrą, bo objawy kultu rzeczy nieożywionych mogą pojawić się natychmiast. Przepiękny papierowy digipak z fotografiami fresków odnalezionych kilka lat temu w Drohobyczu, z ciekawie wkomponowanymi informacjami o albumie, to zasługa Heung-Heung Chin, nadwornej artystki-plastyczki Tzadika. Miała ona zadanie łatwe i niełatwe zarazem – korzystać mogła z bogatego rysunkowego uniwersum stworzonego przez Brunona Schulza, ale jej wybór wcale nie musiał być tak ulotny i wysmakowany. Choć trzeba przyznać, że i masochistyczne fascynacje Schulza znalazły swój ślad na płycie. Tak więc także za pomocą udanych reprodukcji zaciekawić powinien nieznany geniusz, jak o drohobyczyńskim nauczycielu napisał John Zorn, szara eminencja interesującego nas wydawnictwa. Bo chociaż płyta dedykowana jest Brunonowi Schulzowi, patronuje jej Zorn.
Jego to dziesięciu kompozycji słuchamy przez ponad sześćdziesiąt minut. Ale nie trzeba z tego wyciągać zbyt daleko idących wniosków – grupa jest już zbyt charakterystyczna, by stać się lokalnym odpowiednikiem zornowskiej Masady. Wykształcała własny styl od pierwszej płyty De Profundis, a zadanie było o tyle trudne, że nie byle jaką przeszkodą była... nazwa grupy. The Cracow Klezmer Band jednoznacznie odsyła do tradycji klezmerskiej i tak też jest postrzegana przez co mniej uważnych odbiorców jej muzycznego przekazu. I nie chodzi tu tylko o dźwiękowe frazy ewokujące tak odmienne (zdawałoby się) rejony jak Bałkany czy Argentyna, ale o to, że klezmer to grajek, który ponad twórczość artystyczną przedkłada zarobek. Tyle mniej więcej mówi Słownik Języka Polskiego i pewnie tak postrzegano klezmerów, kiedy jeszcze współtworzyli ogół polskiego społeczeństwa, na początku ubiegłego wieku. Dzisiaj widać wyraźnie, że potrzebna jest redefinicja słownikowego pojęcia. Przekonuje o tym każda znakomita artystycznie płyta The Cracow Klezmer Band, przekonać może o tym także cała seria Radykalnej Muzyki Żydowskiej wydawana pod auspicjami nowojorskiego Tzadika.
O odmienności krakowskiego klezmerskiego bandu od innych podobnych gatunkowo zespołów stanowi brzmienie akordeonu. A tak charakterystyczny instrument dla klezmerów jak klarnet? I owszem, choć rzadko. Skrzypce? O, tak, zdecydowanie częściej. O improwizacyjnej pasji grupy napisano już sporo – w tej materii w Sanatorium nie znajdziemy niczego nowego, chociaż wzajemne współgranie instrumentów i ich poszczególne partie solowe pozostaną na długo w głowach, nim, wyuczone na pamięć, przejdą do naszego prywatnego rejestru muzyki ponad czasem. I to tym szybciej, im częściej będziemy obcować z tą niecodzienną muzyką. Nie do przecenienia jest aranżacja kompozycji Johna Zorna, jakiej dokonał lider zespołu – Jarosław Bester. Nie odnajdziemy w utworach na płycie awangardy, czy choćby śladów zornowskiej ekstremy dźwiękowej, a jedynie urokliwe tematy. Te – poddane obróbce zespołu i Grażyny Auguścik, występującej gościnnie nie po raz pierwszy – przynależeć powinny już teraz do kanonu renesansu klezmerstwa w Polsce.
Niełatwo jest pisać o muzyce, która wymyka się wartościowaniu w rodzaju: dobre/niedobre/nijakie. Naginając słowa do oddania doskonałości dźwięków powinno się mieć świadomość nieuchronnej porażki. Ale też o takich, jak niżej podpisany, traktują słowa Schulza – „Musimy pointować nasze wywody wieloznacznymi uśmiechami i, jak szczyptę soli, rozcierać w koniuszkach palców delikatną materię imponderabiliów”. Pozostaje mi tylko zachęcić do spróbowania smaku soli na palcach. W tym wypadku będzie to niezapomniane doznanie.
Sebastian Cichoń |
|
|
|
|
|
|
|